Publikacje i książki

„Dawna sztuka żydowska w Polsce” dr Izabella Rejduch Samkowa i prof. Jan Sławomir Samek.


Jest to pierwsze w historii sztuki polskiej naukowe opracowanie, przedstawiające obraz żydowskiego dorobku artystycznego na ziemiach polskich, od średniowiecza do przełomu XIX i XX wieku. Książka jest opracowaniem albumowym, bardzo bogato ilustrowanym materiałem ikonograficznym.

Recenzja o książce, opublikowana w Studia Judaica 7: 2004 nr 2(14) s. 361-375.

„ …Wypełnia brak tego typu nowoczesnego opracowania, a wzbogacona materiałem ilustracyjnym daje wyobrażenie o artystycznym dorobku Żydów na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej. Dorobek ten pomijany lub marginalizowany w klasycznych opracowaniach o sztuce na ziemiach polskich ukazany został jako samodzielne zjawisko artystyczne, integralnie powiązane ze współczesnymi pozażydowskimi dziejami artystycznymi. Czytelnik otrzymuje„strawną” i rzetelną syntezę, choć może odczuwać pewien niedosyt. Niewątpliwie książka stanowi monumentalny wkład w upowszechnianie kultury żydowskiej i w zrywanie ze schematycznymi poglądami na jej temat”

dr P. Nowogórski

Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie

Recenzja książki „Dawna sztuka żydowska w Polsce”, autor Jerzy Madeyski, „Dziennik Polski”, nr 63 (17856), 2004 r. (?)

Jerzy Madeyski

T y s i ą c  l a t  b e z  m a ł a

Przy drodze leżały kamienie. Lecz dziwne jakieś. Długie i prostokątne, z półkolistym zwieńczeniem, pokryte gęstym pismem i reliefem, w którym roślinne sploty wiły się pośród znanych i nieznanych symboli w kształcie lwów, uniesionych dłoni, dawidowych gwiazd i płaskich, siedmioramiennych świeczników. Obcych, bo innych od rozłożystych kandelabrów z naszych domów.

Obdarci robotnicy brali płyty i kładli, jedna obok drugiej, bijąc młotami w ornamenty. Potem, pykając czarnym dymem i brzęcząc łańcuchami, przyjeżdżał parowy walec. Był rok 1942. Pierwsze zetknięcie z żydowską sztuką było zarazem ostatnim akordem jej wielowiekowego rozwoju na naszych ziemiach i współistnienia dwu kultur i obyczajów. Dziwnego niekiedy, lecz uznanego za normalny.

Żydów widziało się wszędzie. Tych w ciemnych chałatach i maciejówkach na głowie albo też czarnych kapeluszach z prostym rondem, i tych ubranych w świetnie skrojone garnitury i buty od Hiszpańskiego; oglądało się obrazy o żydowskiej tematyce i czytało takież powieści. No i śmiano ze szmoncesów duetu Krukowski-Lawiński w rodzaju wizytówki z nazwiskiem: „Szaja Kiejstut dwojga imion Rappaport”, albo też opowieści o wycieczce krakowskich rabinów do Rzymu, gdzie zjechali brodaci w wielkich jak rowerowe koła lisich czapach i długich surdutach, spod których wyglądały nogi w białych pończochach i trzewikach ze srebrnymi klamrami. Szli więc, zwartą grupą, budząc sensację tak natrętną, że jeden z poważnych mężów uznał za stosowne przywołać ciekawskich do porządku: – Co wy, krakowiaków nie widzieliście, czy co?

I miał prawo tak mówić, bo Żydzi mieszkali pod Wawelem od tysiąca lat bez mała i stanowili jedną mniej więcej, trzecią ludności miasta; zajmujące w czasach Jana Olbrachta szóstą część Kazimierza Oppidum Iudeorum, Miasto Żydowskie, sięgnęło u progu XX wieku placu Wszystkich Świętych i Plan, zwanych na odcinku pomiędzy Wawelem a ulicą Sienną żydowskimi właśnie. Lecz żydowska sztuka? Ta była zupełnie nieznana. Nawet najbardziej nią zainteresowanym, którzy dopiero wtedy zaczęli kolekcjonować judaica z rzemiosłem artystycznym na miejscu pierwszym, bo tez grało ono rolę szczególną,

wojna minęła. W miastach i polskich miasteczkach straszyły wypalone mury synagog i zgliszcza drewnianych domów modlitwy. Rozbite macewy wydłubano z piasku dróg i złożono na zdziczałych kirkutach. O sztuce żydowskiej nadal nikt nie myślał. Nie tylko o niej zresztą: wszak w dziesiątkach bieszczadzkich cerkiewek butwiały złocone ikonostasy; kompletne, bo nikt się nimi nie przejmował, ani ikon nie zbierał. Więc płonęły wraz z drewnianymi cerkiewkami w cichym, lecz sterowanym odgórnie odwecie za niszczenie polskich zabytków na Kresach Wschodnich, przemianowanych na Zapadną Ukrainę, za Podhorce, Podliski, za dwory, pałace i kościoły...

Czasami tylko w desowskim złomowisku rzeczy tanich i uszkodzonych pojawiały się jakieś dziwne półeczki nie-półeczki z ozdobnymi zwieńczeniami i rzędem ośmiu metalowych kubków, albo też ażurowe wieżyczki o gotyckich kształtach, poczem znikały, wywożone przez specjalnych emisariuszy – szeptano – na Zachód, gdzie osiągają obłąkaną cenę dziesięciu dolarów, a może nawet wyższą...

To lampki chanukowe i balsaminki – objaśniała swym kolegom Iza, recte Izabella Rejduch.

Lampki? Chanuka? Balsaminki? Wszystko było nieznane z tej również przyczyny, że rzemiosłem artystycznym historia sztuki się nie zajmowała. Architektura, rzeźba, malarstwo – to było to.

A potem wszystko poszło już szybko, jeśli w historii sztuki cokolwiek szybko się dzieje. Izabella specjalizowała się w sztuce żydowskiej, co było również ewenementem i po trzydziestu latach zbierania materiałów i badań wydała z mężem, Janem Samkiem, prekursorską i pomnikową zarazem księgę pt. „Dzieje sztuki żydowskiej w Polsce”. Pierwsze całościowe opracowanie, w którym, jak pisał przed dwoma wiekami Stanisław Czarniecki w swym Compedium fercolorum, „Y Naywiększych Monarchów y Nayuboższych bydź może ukontentowanie”. Nic to, że Czarniecki był kuchmistrzem i smakoszem, bo każdy w tej książce znajdzie coś smakowitego na swoją miarę oraz potrzeby: fachowiec – solidne opracowanie o wszystkich przymiotach źródła naukowego; amator – wiele ilustracji i przystępnie podanych eksplikacji całego, ogromnego przecież zagadnienia.

Od rozdziału pierwszego „Warunki kształtowania się sztuki żydowskiej” i jej genezy, którą było oddanie czci Bogu i jego uwielbienie, poprzez „Dzieje Żydów w Polsce”, a potem, epoka po epoce i gałąź artystyczna po artystycznej gałęzi, aż po symbolikę, skorowidz terminów, bibliografię oraz indeksy osób i miejscowości. Od kresów prawdziwie wschodnich poczynając. Czegóż więcej życzyć sobie można, skoro dodamy, że książka liczy ponad 300 fotografii z XIX wieku i współczesnych, od wizerunku Arki Przymierza z II w p.n.e. i płaskorzeźby w łuku Tytusa, na których rzymscy legioniści niosą łupy ze zdobytej świątyni jerozolimskiej, poczynając po ślubny baldachim i pierścionki z napisem „mazał tow”, na szczęście? Przez architekturę, freski, wnętrza bóżnic i malarstwo, w tym Gierymskiego, któy notabene popełnił ponoć w swym „Święcie trąbek” wiele nieścisłości, po Maurycego Gottlieba, który się – bądź to jako polski szlachcic, bądź też Ahaswerus, król Medów i Persów, lecz również ucieleśnienie Żyda Wiecznego Tułacza – portretował. Pomiędzy tymi dwoma biegunami rozpina się też sztuka żydowska. Nie tylko ta powstała w latach haskali, żydowskiego Oświecenia wraz z jego asymilacyjnymi tendencjami, lecz zawsze, od początku swego istnienia, czego symbolem mogą być srebrne brakteaty, czyli jednostronnie bite monety z hebrajskim napisem „Mszka król Polski” i wizerunkami naszych władców. Na przekór słowom Dekalogu „Nie będziesz miał cudzych Bogów obok Mnie! Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani obrazu tego, co na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią”, który to zakaz był jednak notorycznie obchodzony. Od najdawniejszych wieków i nawet w synagogach, o czym świadczą odkrycia w syryjskim Dura Europos z II w. p.n.e. po czasy współczesne. W dosyć zaskakujący sposób niekiedy, jak to się zdarzyło w Łańcucie, gdzie wymalowano w technice al fresco całego lwa, lecz tylko po jednej nodze i jednej ręce Adama i Ewy. W dość jednoznacznej konfiguracji skądinąd: otóż pramatka podaje praojcu jabłko, trącając zarazem jego nogę swym pulchnym raczej odnóżem, wyrastającym ze splotów czarnego węża z wysuniętym językiem. Trudno o bardziej dosadne wyłuszczenie kwestii przy jednoczesnym przestrzeganiu nakazów Pisma. Częściowym zapewne, lecz najbardziej inkryminowana ludzka twarz istnieje tylko w domyśle, zaczem każdy może sobie pod postacią Ewy własną kusicielkę wyobrazić.

„Badając sztukę żydowską – piszą autorzy – należy stale sięgać do Pisma Starego Testamentu. W zawartych tam nakazach Pana odnajdujemy wiele wyobrażeń, form i kształtów naczyń, które starannie pielęgnowane przetrwały w kulturze narodu wybranego. Pan nakazał, aby Arkę wieńczyły dwa skrzydlate Cheruby. Także na zasłonie wykonanej z ozdobnych barwnych tkanin zawieszanej przed Arką miały być wyhaftowane dwa skrzydlate Cheruby...”.

Czymże jednak jest ów Cherubin, Kerub czy też Kerubim? Jest aniołem wyższego rzędu, zapewne, lecz również istotą z wielkimi skrzydłami i ludzką głową i zwierzęcym ciałem, jak to w Assyrii, skąd Keruby ród swój ponoć wiodą, bywało, albo też młodzieńcem o anielskiej urodzie. Wybór, zaiste, wielki, lecz sztuka lubi swobodę. Nawet wówczas, gdy z niej nie korzysta.

Pozornie izolowana, samoistna i samowystarczalna sztuka żydowska rozwija się w istocie w ścisłym związku ze sztuką, lub szerzej – kulturą ziem, jakie Żydzi zamieszkiwali, a te sięgały od Portugalii po Azję Środkową i dalej jeszcze. W zwartych skupiskach, zwanych od XV w. ghetto, hutą lub raczej odlewnią metali w języku weneckim (bo veneto nie jest dialektem, jak zwykliśmy sądzić, lecz wykształconym językiem, ze swą gramatyką, poezją i literaturą), gdyż właśnie na terenach dawnej odlewni osiedlili się na lagunie żydowscy uchodźcy z objętej prześladowaniami Hiszpanii.

Do Polski Żydzi napływali ze wszystkich stron, północ wyłączając. Ze wschodu, południa i zachodu, i osiedlali się tam, gdzie warunki im sprzyjały, czyli wszędzie, bo wszędzie otrzymywali specjalne przywileje. Tak życzliwe, że poza prawem pożyczania pieniędzy na wysoki procent, lichwą zwany – przywilej Bolesława Pobożnego, księcia kaliskiego, grozi m.in. karą za nieudzielenie pomocy napadniętemu Żydowi.

W Krakowie pierwsza gmina żydowska zajmowała teren zamknięty ulicami Św. Anny, Jagiellońską, Gołębią i murami obronnymi, a jej rynek stanowił, być może, dzisiejszy dziedziniec Collegium Maius ze studnią pośrodku. W kwartale żydowskim były poza tem cmentarze, szpital i dwie bożnice, w których nauczał „Casym episcopus”, Kasim, biskup żydowski. Potem, po licznych perypetiach i nieznacznych przesunięciach z kwartału do kwartału – Jan Olbracht przenosi w 1495 roku Żydów na Kazimierz, którego Oppidu Iudeorum z rynkiem, zwanym dziś ulicą Szeroką, Starą Bożnicą, cmentarzem Re'muh tworzą zespół zabytkowy o unikatowym znaczeniu. Właśnie tam też, w muzeum (stworzonym nb. w znacznej mierze przez autorkę omawianej książki) i na grobowych macewach widać najlepiej łączność sztuki żydowskiej z chrześcijańską. Tak wielką, że wiele obiektów, jak np. kubki, kieliszki, lichtarze etc., można uznać za żydowskie jedynie na podstawie alfabetu, w którym pisane są inskrypcje, oraz symboliki i przeznaczenia, bo stylistycznie nie różnią się niczym. Nie tylko w Krakowie zresztą: w 1550 r. zamówiono w Amsterdamie balsaminkę „na wzór monstrancji chrześcijańskiej”. Macewy cmentarze Re'muh, portale, obramienia okien etc. wykonywali zaś kamieniarze, pracujący dla krakowskich kościołów, którym zamawiający dostarczali wzorów nie znanych im przecież liter hebrajskiego alfabetu. Ba, toż nawet inskrypcje na żydowskich nagrobkach przypominają swym stylem napuszone sarmackie epitafia i takież „konkluzje”, jak zwano pompatyczne mowy pogrzebowe!

Zrodzony w średniowieczu obyczaj trwa długo. Wszak Jankiel z „Pana Tadeusza” zna Mazurka Dąbrowskiego, a Józef Mehoffer projektuje nagrobki rodziny Wahtlów na żydowskim cmentarzu.

„Dawna sztuka żydowska w Polsce” dokonuje wielkich syntez i wgłębia się w szczegóły, pisze o rzeczach ważnych i maleńkich, lecz przez to bardziej nam może bliskich, bo czyż napis na ścianie tykocińskiej synagogi, napominający wiernych, aby „spokojnie się zachowywali i nie zawierali znajomości w bóżnicy”, nie mógłby się znaleźć na murze któregokolwiek z chrześcijańskich kościołów? Albo też przypomnienie szykany Józefa II, bezwzględnego zaborcy, nakazującej Żydom golić brody i nosić się „po europejsku”?

W sumie wspaniałe kompendium wiedzy i ciekawostek, a tylko profesjonaliści wiedzą, jak ogromnej wiedzy właśnie trzeba dla stworzenia podobnego amalgamatu. We właściwych proporcjach i z sensem na miejscu pierwszym, który rad w dygresjach się gubi.

Izabelli Rejduch i Janowi Samkowi ta sztuka się udała. Ciężkie tomisko czyta się jednym tchem niemal, bądź raczej – czytałoby się. Gdyby nie nieszczęśliwy, wytłuszczony druk, którym wydawca starał się uzyskać podobieństwo do druku hebrajskiego; lecz cóż, jakaś łyżka dziegciu w tej beczce miodu znaleźć się musiała. W pierwszym wydaniu, bo następne będą – miejmy nadzieję – szczęśliwsze.

Izabella Rejduch-Samkowa, Jan Samek „Dawna sztuka żydowska w Polsce” Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Wydawnictwo Naukowe PWN.